Powrót do Wycieczki

Jura – 06.2010

autor – członkowie klubu – tekst w tej postaci wydrukowany był w „Przeglądzie Powiatowym”

Po doświadczeniach z zeszłorocznego wypadu rowerowego na Bornholm tym razem członkowie Augustowskiego Klubu Sportów Wrotkarskich i Rowerowych zdecydowali się lepiej „poznać swój kraj” i przeżyć przygodę na swoich ziemiach. Wybór padł na „Szlak Orlich Gniazd” biegnący Jurą Krakowsko-Częstochowską. Zwabieni informacjami o malowniczości tej krainy geograficznej pełnej głębokich wąwozów otoczonych zapierającymi dech formami ze skał wapiennych, ponurych ruin i zamczysk, fantastycznych widoków zapakowaliśmy rowery, sakwy oraz namioty i wyruszyliśmy na kolejną wyprawę, w której udział wzięli Jan Bukłaho, Adam Milanowski, Grzegorz Wasilewski, Alina Bukłaho, Artur Gajewicz, Anna Milewska, Grzegorz Sentkowski, Arkadiusz Hawryluk, Alicja Szurkowska, Konrad Witkowski, Joanna Michnowicz, Adam Wiśniewski, Cezary Jabłoński, Jacek Siemaszko oraz Krzysztof Sokołowski

Pierwszą przygodę przeżyliśmy już w pociągu – okazało się, iż niezwykle karkołomnym zadaniem jest już podróż z przesiadkami do Krakowa z bagażem rowerowym . Załadunek lub wyładunek 15 rowerów z bagażami do pociągu przy bardzo ograniczonej powierzchni na rowery w trzy minuty – to sztuka jaką przyszło opanować nam do perfekcji. Zmęczeni podróżą wysiedliśmy późnym popołudniem na Krakowskim dworcu głównym.

Cel pierwszego dnia – pole namiotowe w Ojcowie. Początki (czyli pierwsze 15 km) były niezłe. Lecz wkrótce zderzyliśmy się z rzeczywistością i malowniczością tego szlaku. Pierwszym wyzwaniem okazało się pokonanie „Kwietniowej doliny” – w Ojcowskim Parku Narodowym. Skuszeni jej piękną nazwą śmiało skręciliśmy w tą odnogę szlaku. Ścieżka wije się stromo w dół w gęstym lesie jednakże w okresie naszego pobytu tam główną atrakcją tej cudownej trasy stało się grząskie podłoże uniemożliwiające jakiekolwiek normalne przemieszczanie się. Ten 500 metrowy odcinek pokonywaliśmy 30 minut starając się prowadzić rowery na pełnych hamulcach jednocześnie ślizgając się w dół stoku na butach w błocie po kostki niejednokrotnie wyprzedzając własny rower. Na dół dotarliśmy w stanie całkowitego ubłocenia i zmęczenia. Ale to dopiero był początek. Za tą stromą ścieżką w dół wyrosła przed nami długa droga pod bardzo stromą górę. Przy zapadających ciemnościach kolejne 2 km pokonaliśmy w kolejne pół godziny. Pierwszy dzień, w którym pokonaliśmy około 20 km zakończyliśmy ciemną nocą ubłoceni z jedną uszkodzoną przerzutką. Niestety nie udało nam się dotrzeć do planowanego miejsca biwakowania. Ze względu na późną porę skorzystaliśmy z noclegu w najbliższym znalezionym zajeździe „KRYSTYNKA”.

Pomimo takich skrajnych wrażeń drugi dzień rozpoczęliśmy z nie mniejszym zapałem pomimo, iż zaplanowaliśmy na ten dzień największą ilość kilometrów do przejechania. W drugim dniu naszej wyprawy w pełni mogliśmy przekonać się o malowniczości tych terenów. Strome zjazdy, na zboczach fantastyczne formy ze skał wapiennych, strome turniczki, pojedyńcze skupiska luźnych skałek, ruiny warowni i zamku w Ojcowie, zamek w Pieskowej Skale, u którego bogu góruje Maczuga Herkulesa w pełni zrekompensowały niesamowity wysiłek, który często trzeba było włożyć w pokonywanie tych wszystkich zjazdów i podjazdów.
Obiad zjedliśmy w zajeździe pod ruinami zamku w Rabsztynie, a następnie skierowaliśmy się w kierunku Podzamcza. Po drodze mijaliśmy ruiny zamków w Bydlinie i Ryczowie. Chcąc skrócić trochę trasę by zdążyć na nocleg przed zmierzchem wybraliśmy drogę pod górę , która okazała się tak piaszczysta , że jej pokonanie okazało się wyzwaniem nie tylko dla amatorów rowerowych, ale również dla wytrawnych i wprawionych wyjadaczy. Rezultatem ubocznym drugiego dnia były zniszczone trzy opony oraz kilka klocków hamulcowych wymagających wymiany.

Dzień trzeci, zaplanowane 40 km. Z samego rana Grześ Wasilewski wraz z Czarkiem Jabłońskim udali się w poszukiwaniu sklepu z częściami do uszkodzonych rowerów. Po sprawnej naprawie ruszyliśmy zwiedzać ruiny zamku Ogrodzieniec, który naszym zdaniem był najpiękniejszy na trasie. W dniu tym zobaczyliśmy również : ruiny zamku w Mirowie, Bobolicach i Morsku. Poziom kondycji w zespole wzrósł zauważalnie po dwóch pierwszych tak pełnych wrażeń dniach. Nie straszne nam już były „niespodzianki” natury – wiedząc, że zawsze możemy liczyć na wzajemną pomoc i wsparcie. Ogromnym plusem tej trasy jest za to przyroda. wielokrotnie przejeżdżaliśmy przez parki i rezerwaty, które zachwycały nas bogactwem drzewostanu (występują tu np: bowiem lasy bukowe z domieszką jodły, grabu, dębu, lipy i sosny) oraz możliwość zobaczenia drapieżnych ptaków swobodnie szybujących w przestworzach. Na nocleg zatrzymaliśmy się na campingu w miejscowości Złoty Potok.

Dzień czwarty – ostatni odcinek podróży – cel Jasna Góra. Zwiedzamy nasze ostatnie ruiny zamku w Olsztynie. Następnie jedziemy trasą wijącą się poprzez lasy ciągnące się do samej Częstochowy. Wreszcie docieramy do finału podróży na Jasną Górę. Tu zatrzymujemy się na ostatni nocleg.

Wspomnienia całodziennych przeżyć i wrażeń z mijanych ruin, zamków, widoków, miejsc i spotkanych tam ludzi zrekompensowały wszelkie trudy i niedogodności naszej wspaniałej wyprawy. Najmilsze są jednak wspomnienia z „odcinków specjalnych”. To one pozostaną na długo niezatarte w naszej pamięci.

Permalink do tego artykułu: http://www.klubrowerowy.augustow.pl/wycieczki/wycieczka-po-jurze-krakowsko-czestochowskiej-czerwiec-2010/